O cierpliwości, która się kończyć zaczyna

Oto historia już drugiej w moim młodym życiu spółdzielni, która na rozliczne prośby wprowadzenia 1 (słownie: jednego) udogodnienia odpowiada melodyjnie: „Przecież widziała pani, gdzie się pani wprowadza”. Szyderczy uśmiech sam rysuje się na twarzy, zęby zgrzytają w rozwścieczonym grymasie, a dłonie nerwowo zaciskają się na ciągach. Zacznijmy jednak u źródeł – dawno, dawno temu…

A dokładnie kilkanaście miesięcy temu postanowiłam się przeprowadzić. Jednym z ważnych elementów nowego miejsca zamieszkania był ułatwiony dostęp do klatki. Co prawda widziałam, że chodnik przy wejściu otacza masywny krawężnik, ale jego usunięcie nie wpłynęłoby ani na zaburzenie architektury Lublina, ani na wartość materialną blokowiskowych posesji, ani na koloryt osiedla. Pomyślałam więc, że napiszę do spółdzielni pismo i poproszę przy okazji o oznaczenie miejsca parkingowego dla niepełnosprawnych. Dostałam odpowiedź, że sprawa krawężnika zostanie przedyskutowana i kiedyś dostanę stosowną odpowiedź, natomiast co do miejsca parkingowego – przecież są dwa miejsca parkingowe i spółdzielnia nie ma obowiązku oznakowania dodatkowych. Co z tego, że znajdują się dwa bloki dalej, trzeba do nich wpychać wózek pod górę (co zimą nie wchodzi w grę), chodniki prowadzące do tych miejsc nie są obniżone, a samo miejsce jest oznakowane na pochyłej powierzchni? Znowu ta roszczeniowość!
Postanowiłam pójść do pań ze spółdzielni. Nie docierało, więc zaprosiłam na spacer i spytałam, jak ich zdaniem mam dostawać się do klatki (kwestię parkingu puściłam w niepamięć). Usłyszałam, że „przecież widziałam, gdzie się wprowadzam” i „o co mi znowu chodzi?!”. Miałam szczęście, że przechodził koło nas pan, który najwidoczniej zajmuje się w spółdzielni tego rodzaju pracami i usłyszawszy tę twardą wymianę zdań, podszedł zapytać, o co chodzi. Po moich krótkich wyjaśnieniach powiedział, że przecież usunięcie nieco ponad metra krawężnika nie będzie żadnym problemem i po kilku dniach było już tak:

0

Nie przewidziałam jednak, że pan z klatki obok, zwany potocznie burakiem pospolitym, zacznie notorycznie zastawiać ten wjazd, postanawiając, że zaparkowanie w garażu przerasta jego zapał i umiejętności psycho-motoryczne. Na początku sądziłam, że była to nieuwaga, więc zostawiłam uprzejmą kartkę z pozdrowieniami i uśmiechem (żałuję, że nie zachowałam jako dowodu rzeczowego). Sytuacja stała się nagminna. Pewnego wieczoru razem z moją asystentką gimnastykowałyśmy się, żebym mogła wrócić do domu. Gdy zaczęłyśmy otwierać klatkę, okazało się, że pan siedział za kierownicą… Za n-tym razem, gdy byłam już pod wejściem, pan zaparkował jak zwykle jak palant. Pozwoliłam sobie zwrócić uwagę. Usłyszałam, że ma prawo tak parkować, bo teren podjazdu należy do niego (to niestety prawda), że mam inny zjazd (tak, na końcu chodnika jest pseudoobniżenie – nierówne, strome i ze spadem). Zaproponowałam, że może sam spróbuje z niego skorzystać na wózku. Wtedy pan zastawił przejazd i ostentacyjnie poszedł w drugą stronę. Nie mogłam nic zrobić, bo zostałam zablokowana.

0a

Poszłam z tym problemem ponownie do spółdzielni. Najpierw było miło, potem okazało się, że pan Burak był tam przede mną. Powiedział, że zachowywałam się wobec niego po chamsku, że wsadzam mu za szybę kartki z pretensjami i że jestem – uwaga – roszczeniowa! Ależ oryginalnie! Panie ze spółdzielni kazały mi rozmawiać z panią prezeską, której częściej nie ma, niż jest. Same uznały, że są zszokowane tym, co mówię, że ciężko w to uwierzyć, bo one znają tego pana i to jest uprzejmy i dobry człowiek. Moje argumenty odbijały się od ściany. Później wyjechałam na jakiś czas z Lublina, po powrocie zauważyłam, że zrobiono mi drugą lukę i zgadnijmy co?

1

Ponownie wybrałam się do spółdzielni z prośbą o całkowite usunięcie rzeczonego krawężnika, ponieważ nie jestem w stanie przewidzieć, gdzie zacni kierowcy zaplanują zaparkować swoje rumaki. Pani odrzekła, że aby rozebrać pozostały chodnik, muszę zgłosić się do pani prezeski, bo to nie jest takie proste. Trzeba bowiem zrobić jakieś istne cuda-wianki, czary-mary, hokus-pokus, żeby się go pozbyć. Najpierw mnie zatkało, więc gdy już przypomniałam sobie, że warto z powrotem oddychać, zapytałam: ” Skoro usunęli państwo 1,5 m chodnika z jednej strony, 1,5 m chodnika z drugiej strony, to jaki jest problem z tym, żeby usunąć pozostały metr…?”. „Proszę kontaktować się z panią prezes”. Skontaktowałam się. Pani prezes mnie wysłuchała i kazała zadzwonić za tydzień, bo „musi to zobaczyć” (spółdzielnia jest w klatce obok). Do dziś w nieskończoność czekam na odzew ze strony spółdzielni. Ciąg dalszy będzie na pewno, bo dziś mój powrót do domu wyglądał mniej więcej tak:

3

To nie jest kwestia braku świadomości czy braku wyobraźni, tylko braku chęci i umiejętności logicznego myślenia. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele osób stwarza takie bariery niecelowo, ale na tym właśnie polega problem – trzeba wreszcie w sposób naturalny i bezwarunkowy zacząć brać pod uwagę potrzeby osób z niepełnosprawnościami. Niech w końcu wszyscy zaczną myśleć o obecności osób mniej sprawnych z takim samym namaszczeniem, z jakim szukają idealnego miejsca dla swoich wymuskanych limuzyn. Trapi mnie tylko jedna myśl – jak można mówić o mnie, że jestem pełnoprawną obywatelką, skoro wejście do spółdzielni wygląda… dokładnie tak:

2

Jeśli ktoś w dalszym ciągu uważa, że jestem roszczeniowa dlatego, że od ponad roku chcę móc swobodnie i samodzielnie wrócić do własnego mieszkania, to nie będę się silić na merytoryczne wyjaśnienia i odpowiem wprost – TAK, JESTEM ROSZCZENIOWA.